Szłam przez las trzymając się za ramię. Strasznie mnie bolała. Kiedy doszłam na miejsce odębiałam. Nie było tam Nathaniela tylko kałuże krwi. Przestraszyłam się, że mogło mu się coś stać. Podeszłam bliżej. To prawdopodobnie krew zwierzęcia, lecz moje wizje mogą się mylić. Po chwili dotarło do mnie, że jestem obserwowana.
- Wyłaś, ale już!- Krzyknęłam obracając się dookoła.- Nathaniel!
Krzyczałam ile się dało, lecz nie pokazał się mi. Z tego wszystkiego aż zwariowałam. Wstałam i zaczęłam iść w stronę stacji opierając się o drzewa. Zaczęła mnie boleć głowa, a świat woku mnie zaczął wirować. Człowiek z łukiem, gdzieś tam był, ale poszedł. Halucynacje? Tego nie wiem.
Obudziłam się w domu. Leżałam w łóżku. Próbowałam wstać, lecz nie mogłam. Miałam zabandażowane ramie. Strasznie mnie zabolała ręka, kiedy próbowałam ją podnieść. Do pokoju weszła macocha.
- Leż w łóżku, odpoczynek dobrze Ci zrobi.- Powiedziała Dolly.
- Ale co się stało? Jak ja się tu znalazłam?- Spytałam przerażona.
- Podobno wyskoczył na ciebie wilk i się szarpaliście i w tedy pomógł Ci twój kolega, lecz wilk zdążył Cię ugryźć. Później zemdlałaś i Nathan Cię przyniósł.
Wilk? Kolega? Wiedziałam, że żyje, lecz czemu idiota nie chciał mi się pokazać, żebym się tak nie zamartwiała! Marti mnie jeszcze coś. Czemu nie mówił prawdy? Czemu nie powiedział o bestiach? Czemu?
Dziś trochę krótkie, ale nie martwcie się, to nie jest koniec... Za tydzień kolejna część.
Bestie? Strzały? Nie wyjaśnione sytuacje? Może się kiedyś dowiecie... Może... /Lunlly

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz